#PRZYPADEK 19

WYRZYGI
Młodość ma to do siebie, że poza odwagą, otwartością i chęcią zdobywania, mamy opory w pokazywaniu prawdziwych emocji. Boimy się swoich emocji, uczuć, reakcji innych na nasze emocje. Ale dorośli, bardziej świadomi, dalej się boimy. Czemu sami sobie komplikujemy życie? Ja nie kumam. Wszystko jest takie proste, a my tak bardzo sobie wszystko utrudniamy. 

Albo udajemy, że coś się nie dzieje, chowamy swoje uczucia głęboko, licząc na to, że ktoś się domyśli? Hmmm, raczej nikt się domyśli…. Bardzo łatwo jest nam mówić o czymś „dookoła”, być rozdrażniony jak nas coś irytuje, ale ni cholery nie powiemy o co chodzi. Przecież można po prostu POROZMAWIAĆ! Normalnie, powiedzieć co nas boli, co nas drażni, co czujemy do drugiej osoby. Komunikacja to podstawa każdej relacji. Sami dobieramy sobie bliskie osoby. Sami decydujemy o tym z kim przebywamy. Przecież byśmy chcieli usłyszeć od bliskiej osoby (faceta, przyjaciółki, kumpla, kumpeli) co jest grane, co robimy źle, co ostatnio odwaliliśmy, albo co kogo dotknęło. Extra jest słyszeć miłe rzeczy: co jest w nas fajne, co do nas czują, że ładnie wyglądamy. To jest cholernie fajne i miłe. Szczera relacja właśnie na tym polega, nie ukrywamy, nie udajemy. I nie chodzi o to, żeby komuś „dojebać”. To nie ma być oceniające. Nawet konstruktywna krytyka jest ok, pozwala nam nad sobą pracować, spowodować żeby wszystkim było „lepiej”, „łatwiej” „fajniej” – PROŚCIEJ! 

Relacje przyjacielskie i relacje w związku na tym właśnie powinny się opierać, na prostej komunikacji. Nie wyobrażam sobie przyjaźni, gdzie ani nie powiem ani nie usłyszę, że ktoś mnie wqrfia albo ja kogoś. Prawdziwa przyjaźń zniesie każdy wybryk i każde słowa, jeśli nie – to nigdy nie była przyjaźnią. Sytuacja sprzed kilku miesięcy. Pani X w stanie nawinkowanie powiedziała za dużo, następnego dnia nawet o tym nie pamiętając. Pani Y oczywiście pamiętała i się zaczęła dystansować. W to wszystko wkroczyła Pani Z i próbowała naprawić sytuacje ale był opór. W końcu doszło do spotkania, gdzie każda każdej wygarnęła co je cisnęło na wątrobie, potem kilka miesięcy trawienia sytuacji, ale tęsknota była z każdej strony. I po kilku miesiącach doszło do spotkania, które wyglądało jakby się nigdy nic nie stało, jakby te kilka miesięcy trwało 1 dzień. 

Wyobrażacie sobie związek, gdzie nie padają słowa: jesteś dla mnie ważny/ważna, mam gorszy dzień, potrzebuję chwilkę w swojej jaskini, przytul mnie, tęsknię lub nawet „nie mów do mnie teraz”? JA NIE!!!! Jeśli chcemy się z kimś spotkać, proponujemy spotkanie. Jak chcemy, żeby ktoś nas przytulił, mówimy „chce się przytulić” albo sami się przytulamy. Wracamy z pracy, mamy gorszy dzień i wiemy czego potrzebujemy albo co nam da ukojenie – powiedzmy to lub zróbmy (tak, znowu po prostu). Po co oczekiwać, że ktoś wpadnie na to co mamy w głowie? Po co mieć oczekiwania, które często nie są zaspokojone? Niby takie drobne, małe rzeczy, ale o jak bardzo ułatwiają życie? A już chyba najgorsze jest tłumienie tych pozytywnych emocji, że wiemy że kogoś kochamy, ale ni cholery tego nie wydusimy…. Ale sami chcielibyśmy usłyszeć. Hipokryzja? Trochę tak! A może strach przed odrzuceniem? Napewno trochę też… ale czy nie czujemy gdzieś tam pod skórą co się dzieje? Przecież nawet jeśli powiemy komuś co czujemy, a druga osoba nic nie czuje, to przynajmniej będziemy wiedzieli na czym stoimy. Gra w otwarte karty jest po prostu fair. Nie przedłuża agonii i wegetacji a zmniejsza dystans. No chyba, że trafimy na zimną sukę lub zimnego sku***na, którzy lubia bawić się emocjami.

Niebawem wesele pewnej pary, ale początki były nie do zniesienia dla całego otoczenia. Wspólni znajomi, wspólna praca, niby ich ciągnęło do siebie ale każde uwikłane w coś innego. Ja słuchałam relacji z obu stron… ta wzdychała, płakała w poduszki, skończyła jakiś tam romans ale nadal utrzymywała to w tajemnicy. Jak usłyszałam „nie chce żeby się dowiedział, bo nie chce wywierać na nim presji” to mi się słabo zrobiło. No to po co to robiła?!? On z kolei między młotem a kowadłem, jego związek jak sztuczna roślina z Ikei, nawet nie potrzebował, żeby podlewać. Wegetacja na maxa. Męczarnia. Ale jak ją widział, to błysk w oku, banan na gębie. Oczywiście wszystko kręciło się dookoła niej, wszystko mu się z nią kojarzyło. No normalnie rzyganie tęczą i sranie brokatem. No i w końcu nastąpił wieki wybuch. Ona nie wytrzymała i napisała mu esej, ten odczytał i zniknął….ale tylko na chwile. Teraz są świetna parą i śmieją się z siebie, że stracili tyle czasu na „wąchanie się po dupce”.

Przecież to najcudowniejsze uczucie na świecie usłyszeć, że ktoś nas kocha i cudownie jest mówić komuś, kogo się kocha, że się kocha <3.

Close Menu