#PRZYPADEK 21

PRZEBUDZENIE 
Samoświadomość to błogosławieństwo i przekleństwo w jednym. No może z tym przekleństwem to przesadziłam, ale czasem jest ból. Przychodzi taki moment w życiu, że po prostu zaczynamy „znać siebie”. Znamy swoje możliwości, swój potencjał, wiemy co dla nas dobre a co złe i co nas wqrfia a co daje szczęście. Zazwyczaj zaczyna się od tego, że zaczyna nam być „niewygodnie”. Niewygodnie psychicznie. Zaczyna nas męczyć praca, to co robimy. Nagle po kilkunastu latach pracy w jakimś zawodzie, okazuje się, że zadajemy sobie pytanie „co ja tu robię?”. I wtedy zaczynają się poszukiwania. 

Mając już nie mały (ale też nie największy) bagaż doświadczeń, okazuje się, że to co robimy nie daje nam satysfakcji, że tu gdzie jesteśmy jest wegetacja dla hajsu, z wygody, ze strachu przed nowym, z lenistwa przed zaczęciem czegoś zupełnie nowego. I tak nas ciśnie i męczy i szarpie we wszystkie strony, aż nagle dojrzewamy do tego. Najcześciej około 40tki. Czemu? A pewnie dlatego, że uświadamiamy sobie, że tu gdzie jesteśmy osiągnęliśmy prawie max, że wyżej nie podskoczymy i tak będzie wyglądała reszta życia. No wyżej czasem nie da się podskoczyć. Możemy zmieniać firmy, branże ale nadal ciagle to samo. Na chwile nowi ludzie, nowe środowisko, ale to fajne na pół roku. I znowu zaczynamy kręcić się w kółko. Zazwyczaj w tym wieku mamy albo odchowane dzieci, albo już prawie dorosłe i zaczynamy myśleć tylko o sobie. Dzieci pójdą w świat a my zostaniemy z tym wszystkim. Bardzo często jest tak, że po 40 kobiety całkowicie zmieniają swoje życie. Czasem ta zmiana następuje etapami, czasem jest chirurgiczne cięcie i postawienie wszystkiego na jedna kartę. Ale do tego trzeba mieć jaja. Świadomość swojego JA, swoich potrzeb oraz świadomość tego kim chcemy być i co robić czasem dojrzewa w nas latami a czasem przychodzi nagle. Skutek zawsze jest ten sam. Jest przebudzenie. Ja zawsze uważałam, że każda zmiana jest na lepsze, bez względu na to, jak chu***wo wygląda na początku. Zawsze później jest lepiej. Przecież w końcu po to to wszystko zaczynamy. Jak słyszę jojczących ludzi dookoła, to aż się ciśnie na usta „a co zrobiłaś/łeś żeby to zmienić?”. Zazwyczaj nic. Jesteśmy specjalistami od narzekania na rzeczy, na które tak na prawdę mamy wpływ. Tylko trzeba działać. Nie gadać. 

Kto powiedział, że mając 40 lat nie można zmienić zawodu? Ja mam dookoła siebie wiele takich osób. Nagle rzucają roboty i zaczynają studiować psychologie, medycynę, prawo. Jedni mają oszczędności, inni sprzedają mieszkania, samochody itd. Ale co z tego, że wynajmują mieszkanie, kupują mniejsza albo mają gorsze auto? Oni zaczynają być po prostu szczęśliwi. Zaczynają spełniać się w tym co robią. Znowu maja plany, energię nastolatka i czują moc. W niektórych sytuacjach stabilność finansowa poszła się j***ć. Ale jakie to ma znaczenie? Wiadomo, że pieniądze są potrzebne do życia, ale same w sobie szczęścia nie dają. I tak 38 letnia Pani X zamknęła świetnie prosperującą firmę. Poszła na studia prawnicze, 2 lata temu musiała sprzedać mieszkanie (wynajmuje teraz) zaraz kończy studia, przestała podróżować ale jest mega szczęśliwa. I sama mówi, że nigdy nie czuła się tak spełniona jak teraz mając praktyki w kancelarii i będąc zawalona dokumentami po uszy (to co ona czyta tygodniowo ja bym nie ogarnęła w rok).

Takie przebudzenie też jest w związkach. Nagle okazuje się, że z mężem/ partnerem po kilkunastu latach idziemy w ogóle w inną stronę. On marzy juz o ciepłych kapciach i Netflixie a nas nosi. Albo on przeżywa drugą młodość i krew w nim buzuję jak w 17sto latku a ona już by polegała na kanapie zawinięta w koc jak naleśnik. I znowu to samo przebudzenie. Co ja tu robie? Co ja z nim/ nią robie? Tak ma wyglądać reszta mojego życia? Otóż nie musi tak wyglądać. Podejmowanie decyzji o rozwodzie/ rozstaniu bez większych dramatów jest mega trudne. Bierzemy na siebie całą odpowiedzialność. Nie ma zrozumienia dla rozbicia rodziny „ot tak”. Tylko, że to nie jest ot tak. Bo w tym wszystkim najważniejsi jesteśmy my sami. Nasze szczęście. Jak my o to nie zadbamy to nikt o to nie zadba. Ta samoświadomość, poznanie swojego JA powoduje, że nagle wiemy kim chcemy być. Z kim chcemy być. Albo, że na pewno nie chcemy być z nim czy z nią. Że lepsze nic niż to co jest.

Kiedyś przeczytałam bardzo fajne porównanie do homara. Homar, rosnąc, zmienia swój pancerz. Na początku jest extra czuje się w nim wygodnie, ale on rośnie a pancerz nie. I nagle zaczyna uwierać, potem już boli i ciśnie z każdej strony. Jak homar zrzuca pancerz, zostaje całkowicie bezbronny i chowa się pod kamień/ skałę, czekając aż urośnie nowy. Nie powiem Wam, że po przebudzeniu, jak zaczynają się zmiany, będzie super. Bo na początku na bank będzie ciężko. Ale jak już podejmiemy decyzję i zrobimy pierwszy krok to każdy następny będzie łatwiejszy. Noooo nawet jakby się wydawało, że już ostatnia prosta to będą zakręty, wyboje i miliony drobnych przeszkód, których nie przewidzieliśmy. Ale co z tego? Przecież wcześniej też nie było kolorowo. Nikt z eldorado nie rezygnuje. Każdy dzień, każdy kolejny krok, każde kolejne działanie przybliża nas do tego momentu gdzie już będzie extra. I przyjdzie taki moment, kiedy obejrzycie się za siebie i powiecie „to była najlepsza decyzja w moim życiu”. Tylko trzeba tego chcieć i wytrwale walczyć o swoje szczęście. Nikt za nas tego nie zrobi. Im dłużej będziemy czekać na przyszłość, tym ona będzie krótsza.

Close Menu